Fragment I
Gdy zajęto miejsca przy stole, gwar się stał nie byle jaki. Stary służący Maciejunio ledwo mógł nadążyć z odkorkowywaniem.
Za czarnymi oknami rozległy się jakby strzały. To starzy parobcy witali młodego panicza, co z wojska wrócił, strzelając mu dawnym obyczajem z batów na wiwat. Jaśnie–Hipcio niezbyt pewnymi rękoma uzgarniał naręcze butelek, tak bez wyboru i tak szczodrze, aż mu niektóre zgorszony Maciejunio musiał delikatnie wydzierać – bo jakże! – sam szczerozłoty tokaj jeszcze nieboszczyka jaśnie pana – fornalom1! Hipolit wytrząsnął z pugilaresu2 wszystkie walory3, jakie tam miał, i, sapiąc, obładowany wyszedł na ganek.
– E, Szymon, jak się masz! Tyś to, Zerwa? Pawełek, chudzino, ta noga boli cię jeszcze? Józiu! Franek! Walek! chłopcy, tu do mnie!
Cezary przysiadł na poręczy ganku. Był odurzony. Pierwszy to pewnie raz od śmierci rodziców miał w sercu radość, rozkosz bytu, szczęście. Było mu dobrze z tymi obcymi ludźmi, jakby ich znał i kochał od niepamiętnych lat. Wszystko w tym domu było dobre dla uczuć, przychylne i przytulne jak niegdyś objęcia rodziców. Wszystko tu było na swoim miejscu, dobrze postawione i rozumnie strzeżone, wszystko pociągało i wabiło, niczym rozgrzany piec w zimie, a cień wielkiego i rozłożystego drzewa w skwar letni.
Nazajutrz, wyspawszy się znakomicie, Cezary obudził się bardzo wcześnie. Otwarłszy drzwi do ogrodu Baryka zobaczył park.
Park był bardzo rozległy, schodził ze wzgórka do dworu otoczonego sadzawkami i basenami wodnymi. Dwór był drewniany, lecz na kamiennych podmurowaniach .
Jedna z ulic wielkodrzewnych wyprowadziła go z parku na folwark, między stodoły, sterty zboża, obory, stajnie. Trafił do ogrodu warzywnego, a później do ptasiego ogrojca. W drucianym odosobnieniu przechadzały się tam kury, koguty, indyczki, indory, kaczki i gęsi.Odnalazłszy wczoraj poznane schody główne Cezary Baryka wszedł do głównej sieni. Z tej sieni były otwarte drzwi do pokoju stołowego. Ogień palił się na wielkim kominie z zielonych kafli.
Maciejunio, dostrzegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował się, zamartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczów największy przyjaciel, czeka! Zakrzątnął się, aż podskakiwał w pośpiechu. Wnet napędził do tej sali bosych pokojówek, jakichś małych Piotrków i Florków. Nakryto stół i piorunem wniesiono koszyki z chlebem żytnim, bułkami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogalikami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoików z miodem, konfiturami, konserwami, sokami. Tu podstawił „masełko”, tam rogaliki. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem – nie jakiś ersatz niemiecki – „kawusia”, rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcje śmietanki.
Fragment II
Dziwiła Cezarego rozmowa z wieśniakami. Słuchali, gdy im to i owo opowiadał o wojnie. Synów na tej wojnie mieli, braci, krewniaków. Lecz gdy nawrócił do rzeczy pokoju, przeważnie go nie rozumieli i on ich nie rozumiał. Nawet nie to, żeby go nie rozumieli: nie obchodziło ich, nudziło ich to. Lubili gadać i słuchać tylko o tutejszym, o realnym, o widocznym, dotykalnym, o tak dotykalnym i tutejszym, że on znowu tego nie rozumiał. Wszystko musiało być na przykładzie z tej okolicy, wszystko musiało tutaj się przydarzyć i o tutejsze stosunki zaczepiać. Inaczej było obce, dalekie, a więc nieinteresujące. Wszystko, cokolwiek mówili i czym się interesowali, zahaczało się o jadło i napitek, obracało się dokoła opału i odzienia, przeżycia zimy i przednówka, a doczekania drugiego lata. A na drugie lato i drugą jesień będzie znowu to samo: wyrobić, wydębić z okrutnej, twardej ziemi tyle, żeby przejść całą zimę bez głodowania, przetrzymać przednówek – i znowu dalej – do „nowego”.
W pewnej chwili tych gawęd o jadle i przyodziewku od zimna, Cezarego pchnął nóż wściekłości: „Cóż za zwierzęce pędzicie życie, chłopy silne i zdrowe! Jedni mają jadła tyle, że z niego urządzili kult, obrzęd, nałóg, obyczaj i jakąś świętość, a drudzy po to tylko żyją, żeby nie zdychać z głodu!”
Dwa tygodnie spędził na Chłodku. Badał tu zwłaszcza życie bezrolnych komorników. Komornicy – byli to chłopi i ich rodziny nie posiadający wcale roli, a zamieszkujący „kątem” u gospodarzy przeważnie małorolnych, którzy jednak posiadali własne skrawki roli, własne chaty, stodoły i obórki. Komornicy chodzili na zarobek do dworów, służyli za fornali, a także zarabiali u bogatych chłopów jako najemnicy i parobcy w gospodarstwach włościańskich dostatnich, lepiej prowadzonych i zasobnych w inwentarz. Życie komorników było nędzne nad wyraz. Wojny nie wygubiły ich, lecz właśnie rozpleniły. Wielu z nich skrwawiło się, pokryło ranami i zdobyło kalectwo w walce o wolność narodu polskiego, a ojczyzna, w nowe państwo przekształcona, nie zdołała nic jeszcze dla nich uczynić. Czekali cierpliwie – żyjąc w swych kątach, śpiąc na ławkach i po zapieckach, nie mając własnego domu i nie mając nic zgoła, co by swoim nazwać mogli. Był tego po wsiach tłum. Słaniali się po drogach jako dziady, tłukli się po dziedzińcach zabudowań, plącząc się i nie wiedząc, o co ręce zaczepić. Jakże straszną była ich zima! Jakże potworne wśród nich grasowały choroby!
Przez szpary we wrótniach4 stodółek przypatrywał się starcom i staruchom wywleczonym z rozgrzanych chałup przez dzieci i wnuki zdrowe na u m a r c i e w mróz, zawieję, złożonym na snopku, aby prędzej d o s z l i i nie zadręczali żywych, spracowanych i głodnych, swym kaszlem, charkaniem krwią albo nieskończonymi jękami. Podziwiał tę pierwotną, barbarzyńską bezlitość, która jest nieuniknioną ekonomią życia, życia takiego, jakie jest na wsi.
1 fornal – robotnik rolny
2 pugilares – portfel
3 walory – pieniądze
4 we wrótniach – w drzwiach
Obraz Justyny i jej związku z Zenonem
Porównaj obraz Zachodu - Kordian i Lalka
Obraz Justyny i jej związku z Zenonem
Jak czytać lektury?| korepetycje-ogloszenia.pl | kontakt |