Pan Tadeusz - Robak wojskowy i cywilny

Tadeusz Boy Żeleński
Przez parę dni oddawałem się rozpuście... Och, proszę się o mnie nie obawiać; rozpuście bardzo niewinnej: po prostu czytałem Pana Tadeusza — po francusku. Przekład Cazina jest podwójną transpozycją: z polskiego na francuskie i z wiersza na prozę. Tym samym poemat zmienia się poniekąd w powieść, czyta się tego Tadeusza jako powieść, poznaje się go, bodajże pierwszy raz w życiu, w logicznym porządku. Przede wszystkim stwierdzić muszę, że czytany w tej nowej postaci, prozą, jako powieść, wydał mi się Pan Tadeusz powieścią porywającą. Połknąłem go jednym tchem, przeskakując nawet (przyznaję się do tego) opisy przyrody.

Przez parę dni oddawałem się rozpuście... Och, proszę się o mnie nie obawiać; rozpuście bardzo niewinnej: po prostu czytałem Pana Tadeusza — po francusku. To Cazin zawsze mnie tak zdeprawuje. Przed kilku laty wziąłem do rąk jego Pamiętniki Paska, aby przejrzeć kilka kartek: przykuły mnie tak, że przeczytałem je od deski do deski, jak teraz Pana Tadeusza. Takie arcypolskie książki nabierają w obcym języku nowego, cokolwiek perwersyjnego smaku. Nic zabawniejszego niż czytać po francusku np. scenę, gdy pan Pasek i jego towarzysze szyją w teatrze z łuku do francuskich aktorów, pod pozorem, że ci grają Niemców. Toż samo i tutaj: czytać w wytwornej mowie francuskiej, jak Tadeusz, zniecierpliwiony wymówkami Telimeny, splunął, kopnął nogą krzesło i wypadł z salonu (gdzie było pełno gości), trzasnąwszy drzwiami... „Szczęściem, prócz Telimeny nikt tego nie zauważył” — dodaje poeta.  


Ale francuski Tadeusz chowa jeszcze inne niespodzianki. Przekład Cazina jest podwójną transpozycją: z polskiego na francuskie i z wiersza na prozę. Tym samym poemat zmienia się poniekąd w powieść, czyta się tego Tadeusza jako powieść, poznaje się go, bodajże pierwszy raz w życiu, w logicznym porządku. Bo któż z nas kiedy poznawał Pana Tadeusza? Zna się go „od zawsze”, asymiluje się go w dzieciństwie, zanim się może wszystko z niego zrozumieć, a potem ta cudowna książka jest już niejako „rozparcelowana”. Najpierw w szkole. Szkoła to powolne dukanie; szkoła to „któż zbadał puszcz litewskich..." albo: „owe obłoki ranne...” albo: „widziałem w botanicznym wileńskim ogrodzie...” i setka takich kawałków. A kiedy potem bierze się w rękę Pana Tadeusza, czyta się gdzie popadnie, zwykle od środka. Jedne miejsca zna się lepiej, inne gorzej - jak w Ewangelii. Czyta się jakiś ustęp czy księgę, rozkoszując się danym momentem, ale niezbyt się zastanawiając nad tym, co jest samą fabułą; tę akceptuje się jako coś istniejącego, przejętego od dawna, nie podlegającego dyskusji. Na treść jest się zimmunizowanym.


A jednak rzecz nie jest prosta! Ten na pozór tak przejrzysty poemat ma swoje tajemnice. Ta cudnie dziergana materia z nitek rzewności i ironii, wzniosłości i humoru, przyziemności i anielstwa myli czasem oko swoim wzorem. Wiadomo, ile faz przechodził stosunek ogółu do Pana Tadeusza, zanim stężał w wersetach dzisiejszego wszechnabożeństwa. Bywały głosy, które zgorszone - przesadnie z pewnością - „nędzą moralną" jego środowiska, chciały widzieć w Panu Tadeuszu gryzącą satyrę, świadome podanie na wzgardę owego świata, w którym inni widzą odbicie umiłowań i ideałów poety. I choć te ataki - odosobnione zresztą - odparto, to pewna, że są w Panu Tadeuszu sprawy, koło których egzegeza przechodzi szybko i w milczeniu; że, objaśniając z obowiązku pewne rysy, najsumienniejsi komentatorzy zmieniają się po trosze w adwokatów, a objaśnienia stają się - zaciemnieniami...


Niektóre z tych wątpliwości - wyniesione jeszcze z lat szkolnych - obudziły się we mnie przy lekturze francuskiego Tadeusza. A oto jak.


robak1.jpgPrzede wszystkim stwierdzić muszę, że czytany w tej nowej postaci, prozą, jako powieść, wydał mi się Pan Tadeusz powieścią porywającą. Połknąłem go jednym tchem, przeskakując nawet (przyznaję się do tego) opisy przyrody, aby sobie nie przerywać toku akcji, narastającej, płynącej coraz to szerszym korytem, coraz dramatyczniej, barwniej... Bo, czytając Tadeusza jako powieść, zwraca się siłą rzeczy uwagę na związki, na logikę zdarzeń, na grę ludzkich pobudek. Zarazem, czytając w obcym języku, przenosimy się jak gdyby w duszę obcego czytelnika, który dopiero poznaje bieg wypadków. Biegną tak wartko, wikłają się tak zajmująco, że lekką stopą przeskakuję (niech, mi to Pawełek Cazin wybaczy, bo pewno jest z tego kunsztyku najdumniejszy), przeskakuję tedy gatunki grzybów, jakie rosną w lesie soplicowskim, przeskakuję nawet koncert Wojskiego, zwracam natomiast pilną uwagę na wszystkie kto? jak? gdzie? czemu? Nic dziwnego, że właśnie przy takiej lekturze uderzają nas na nowo owe dobrze znane mickiewiczologom niepewności w realiach, tłumaczone (po części) zmianami planu, trudnością zawiązania skomplikowanej intrygi, poza świadomym wreszcie narastaniem poematu, który, w miarę pisania, stawał się czym innym, niż było z początku zamierzone. Są owe niepewności różnego rodzaju; jedne łatwe do załatania i wytłumaczenia konwencją, inne znowuż tworzące rysy lub nawet pęknięcia.



Pod wpływem tedy świeżej francuskiej lektury — może to narów balzakizmu? — próbowałem ustalić sobie stan faktyczny zdarzeń Pana Tadeusza. Ale przekonałem się, że gdyby nawet wziąć do pomocy najtęższych komentatorów, rzecz nie jest łatwa.

Od początku! W Księdze I jest pierwsza wzmianka o sprawach majątkowych. Dowiadujemy się, że dobra Horeszków, „zniszczone sekwestrami rządów..., w cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli, a resztę rozdzielono między wierzycieli”. Panu Sędziemu, nie wiadomo skąd, przyszła chętka na zamek; stąd proces z Hrabią. Zdaje się tedy, że poeta, zaczynając utwór, nie miał jeszcze na myśli później użytego konfliktu. W Księdze I Protazy, przenosząc stoły do zamku, czyni to po raz pierwszy: jest to kruczek, mający za cel stworzenie faktu dokonanego w posiadaniu zamku. Ale w Księdze V (853) dowiadujemy się z ust Gerwazego, że piwnice w zamku są puste, bo wino wypili Soplice... Jak, kiedy? Sugeruje to nam, że Soplice od dawna już buszują w majątku Horeszków, chyba że... kupili wino na licytacji po upadku ich domu. W Księdze II dowiadujemy się o morderstwie dokonanym przez Jacka: wybucha nienawiść Klucznika do Sędziego, braciszka owego "wąsala”, który „żyje dotąd i z swoich bogactw się przechwala, zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią”; ale ani słowa o tym, aby Sędzia lub ktoś z Sopliców wszedł w posiadanie majątku Horeszków, o czym chyba Klucznik powiedziałby Hrabiemu? Powie mu, ale dopiero w Księdze V. W Księdze III dowiadujemy się z rozmowy Sędziego z Telimeną, że niewidzialny, a wszystkim z oddali kierujący brat Jacek ma „kapitały”, że „z jego łaski” Sędzia posiada „fundusz prawie cały” (kwestia lingwistyczna: czy fundusz brać w znaczeniu gruntu, czy gotowizny, czy ogólnie majątku?); że Jacek łożył na wychowanie Zosi, której „wyznaczył małą pensyjkę roczną, więcej przyrzec raczył”, że obiecuje młodym, Tadeuszowi i Zosi, „wiano w kapitałach”, skoro się pobiorą, „ma więc prawo rozrządzać” konkluduje Sędzia. („Czy i ręką Zosi?” — pytamy w duchu zdziwieni.) Skąd te majątki Jacka, który, wiemy to już od Klucznika, był hołyszem? Łącząc owe fakty z tymi, które znamy z późniejszych Ksiąg, źródłem kapitałów może być jedynie mienie zamordowanego Stolnika, przyznane Soplicom przez Targowicę. Dość zrozumiałe jest, że znalazł się krytyk (Gąsiorowski), który zaatakował „kapitalistę” Jacka. „Jak to! — wykrzyknął — a to spryciarz! Zabił, zagrabił mienie, a teraz robi dobrodzieja; pokutując, niby to restytuuje w ten sposób, aby dobro zostało przy jego synu, wraz z ręką wnuczki zamordowanego, panny magnackiego rodu.” Ten atak na Jacka stał się centralnym punktem szturmu, jaki Gąsiorowski, pomawiając — najoczywiściej błędnie — Mickiewicza o świadome i okrutne intencje satyryczne, przypuścił do całego świata Pana Tadeusza i jego wartości moralnej; widzimy, jak doniosłe konsekwencje mogą mieć balzakowskie realia! Zarzuty te (bardzo dawne zresztą, jeszcze z r. 1874) odpiera dziś jeszcze — z pewnym jak gdyby zakłopotaniem — w komentowanym wydaniu Pana Tadeusza (Biblioteka Narodowa), prof. Pigoń, który (cytuję w skróceniu) stwierdza po pierwsze, że Jacek uważał owe kapitały za uratowany depozyt Horeszków, a zatem Zosi; a po wtóre, że „musimy pamiętać, iż postać Jacka rozwijała się poecie i wyrastała w miarę tworzenia: od zwykłego pokutnika, przez emisariusza politycznego, aż do świętego niemal bohatera”. Otóż pomysł kapitałów (powiada prof. Pigoń) należy do początkowej fazy...


robak2.jpgŻaden z tych dwu argumentów nie jest dość przekonywający. Jeżeli depozyt, to bardzo swoiście pojmowany, bo przecież (słyszymy) z tego depozytu Zosi pan Jacek pcha, co może, w Sopliców, zaokrągla fundusz Sędziego; z niego obiecuje swemu synowi wiano. A co do drugiego argumentu, o ile łatwo się zgodzić, że postać Jacka rozwijała się poecie i urastała pod piórem, to z drugiej strony poeta oddał przecież rękopis do druku w całości; jeżeli mógł przeoczyć ten czy ów drobiazg wynikły ze zmiany planu, trudniej przyjąć, aby zostawił przez zaniedbanie rzecz tak ważną, tak drażliwą, o ile by była sprzeczna z jego późniejszą decyzją. Ten sposób rozumowania naszego uczonego przypomina mi wywoływacza w panopticum, który pokazywał dwie czaszki Napoleona: jedną pośmiertną, a drugą mniejszą, z czasu gdy Napoleon miał lat dziesięć...


„O kapitałach później cicho” — powiada prof. Pigoń. Czyż ciągle ma być o nich mowa? Przecież to poemat, a nie akt notarialny. Ale nawet wcale niezupełnie cicho. Bo jeszcze w Księdze VI powiada Jacek bratu, że wychowanie Zosi „opłacał drogo”, więc skądś musiał mieć pieniądze, a w dwuwierszu przekreślonym w rękopisie (ale przytoczonym w tymże wybornym wydaniu prof. Pigonia) Sędzia mówi:

Część Horeszkowską wrócę, mam prócz bratnich datków
Dość własnego, obejść się mogę bez dostatków.

Z czego wynika, że poeta pamiętał, pisząc Księgę VI, o owych „bratnich datkach” i że gdyby był ów dwuwiersz wykreślił ze względów zasadniczych, nie omieszkałby może zrewidować i poprzednich wzmianek. Zresztą, biorąc psychologicznie, dość trudno sobie wytłumaczyć despotyczny wpływ, jaki daleki Jacek wywiera na brata, czym innym niż powagą finansową. "Z jego łaski”, „ma prawo rozrządzać” — te słowa brzmią w ustach Sędziego dość naturalnie. Brat, którego Sędzia nigdy nie znał, którego się odrzeka, banita i zbrodzień, czemuż innemu zawdzięczałby posłuch trzeźwego i praktycznego szlachcica?

W tej Księdze VI mamy zresztą jeszcze raz zrekapitulowaną sytuację. Robak, vulgo Jacek, powiada tam:

Wiesz także, że część gruntów od zamku dziedzica
Zabrała i Soplicom dała Targowica.
Jacek za grzech żałując musiał był ślubować
Pod absolucją dobra te restytuować.
Wziął więc Zosię, Horeszków dziedziczkę ubogą.
Hodować, wychowanie jej opłacał drogo.
Chciał ją Tadeuszowi swojemu zaswatać,
I tak dwa poróżnione domy znowu zbratać.
I dziedziczce bez wstydu ustąpić grabieży...

Tu chciałoby się zawołać niemal z rozczuleniem jak Jacek po owym słynnym „jakoś to będzie” Sędziego: „O polska krwi!” Bo ileż arcyszlacheckich naiwności jest w tym wyznaniu Robaka. „Musiał był ślubować pod absolucją” — czyż tak się wzdragał, że aż odmową rozgrzeszenia musiał mu spowiednik zagrozić? Może nie chciwość grała w tym rolę, ale honor szlachecki. Wstyd. I kłopot: jak tu restytuować majątki, na których siedzi Sędzia, czy on się zgodzi? I tu nasuwa się pytanie, komu właściwie dała Targowica majątki? Raz mówi się ogólnie: „Soplicom”; raz Sędzia bąka, że jemu („Dano mi dobra, wziąłem”); ale skoro dowiadujemy się, że Jacek zobowiązał się restytuować, to juścić przedmiot restytucji musiał należeć do niego. Znalazł na szczęście sposób, aby „bez wstydu ustąpić grabieży” i zarazem „dwa poróżnione domy znowu zbratać”... To „znowu” i to określenie „poróżnione domy” w ustach Jacka są, jako eufemizm, rozkoszne. Bo na czym polegało owo „poróżnienie domów”: na tym, że Stolnik zignorował miłość Jacka, że go Jacek zamordował i że przyjął (on czy jego najbliżsi) z rąk moskiewskich zagrabiony majątek nieżyjącego.

Tak więc Zosia wróci do majątku, ale drogą małżeństwa z Tadeuszem, tak że przy Soplicach zostaną jednak wszystkie korzyści „poróżnienia się domów”, czyli zbrodni Jacka. A że, czy to dzięki owym problematycznym kapitałom, czy dzięki dwudziestoletniemu władaniu majątkiem Horeszków, Soplice i sami się wzmogli, Tadeusz może bez wstydu uderzyć o rękę zbiedniałej i skromnie chowanej wojewodzianki. Jest dla niej dobrą partią.

Wszedłszy na drogę analizy faktów, mógłby tu ktoś podnieść nowe zarzuty. Jak to, więc morderca dziadka zaakaparował wnuczkę, wojewodziankę (która przecież znalazłaby na Litwie chmarę krewnych, i to nie lada jakich), oddał ją na wychowanie awanturnicy petersburskiej, rzekomej kuzynce Horeszków, a „siostrze” Sopliców (owe dubeltowe parantele cioci Telimeny są w poemacie arcyniewyraźne); potem chowa ją w Soplicowie w sekrecie takim, że nawet wierny Klucznik zdaje się nie wiedzieć o jej istnieniu, i "swata” to nieletnie dziecko swemu Tadeuszowi („ma prawo rozrządzać” — powiada Sędzia), asekurując tym samym przywłaszczone majątki od wszelkiej możliwej rewindykacji! Ależ — powiedziałby legalista — to jest łatanie jednego nadużycia drugim: to nie żadna restytucja, ale zręczna i przemyślna (jeżeli zawczasu obmyślona) legalizacja „grabieży” — jak ją nazwał sam Jacek.

Bo dodajmy, że chowana z kurami i indykami w Soplicowie Zosia nieświadomą jest tych wszystkich spraw; uważa Sopliców za swoich dobrodziejów („Tyle pomnę, że byłam ubogą, sierotą, że od Sopliców byłam za córkę przybrana” — XII, 520); zaledwie po zaręczynach Tadeusz mówi jej dość lekko, że jego majątek należy właściwie do niej. Pytamy się mimo woli, jakby wyglądała owa restytucja, w razie gdyby Zosia pokochała nie Tadeusza, ale kogo innego? Bezpieczniej może nie pytać, skoro poeta oszczędził Soplicom tej próby...

Wszystko to jest arcyszlacheckie. Nie byłby ten poemat „historią szlachecką”, jak go poeta nazwał w nagłówku, gdyby na dnie nie było jakiejś nieczystej i mętnej historii pieniężnej. I dopóki Polska była szlachecka, nikogo nie raziły te rzeczy, nie było potrzeba ich uniewinniać.

O ile zatem, w miarę tworzenia poematu, rozrost pierwotnej koncepcji Pana Tadeusza i podnoszenia się jego tonu wydaje się być faktem, o tyle nie podobna faktem tym wyjaśnić pewnych rysów akcji, sprawiających kłopot komentatorom. Heroiczna linia poematu strzela w górę, ale jego cywilna rzeczywistość jest co najmniej równie wątpliwa w Księdze VI, jak w Księdze III.

I tutaj rzut geniuszu! Księga X, owa wspaniała spowiedź Jacka. Tu, w patetycznym momencie jego śmierci, wszystkie te pieniężne szczegóły, potrzebne do budowy poematu, byłyby, rzecz prosta, nie na miejscu: toteż poeta gubi je, zaciera. Jeden wiersz natrąca mimochodem, że „Soplicom dano część dóbr nieboszczyka”, ale następne raczej sugerują, że Jacek nie miał w tym wszystkim żadnego udziału, uciekł z kraju po zbrodni i odtąd życie jego było pasmem ofiarnego męczeństwa. Bitwy, rany, tajne poselstwa, Szpilberg, droga na Sybir, kije moskiewskie... To jakoby inne życie, inny człowiek... I ta śmierć Jacka, w której błyszczy „jako święty w ognistej koronie”, stwarza wizję, która kształtuje nową jego postać; zapomina się o wszystkich poprzednich szczegółach, które przyjmuje się raczej rozsądkiem niż sercem lub po prostu puszcza się je mimo uszu. Ale niemniej istnieją one w poemacie i zawsze — jak się okazało — sąd o Jacku mógłby być sporny, zależnie od tego, skąd się go zaczerpnie: z Księgi III, VI czy X. Dlatego, sądzę, trzeba było ten „kompleks” rozwiązać.

Sprzeczności wynikają może stąd, że poeta, w gruncie, zlekceważył te zawikłania majątkowe. Raczej stanowią one sprężynę — dość giętką — akcji i intrygi, niż istnieją same przez się jako problem. Żywiąc głęboki kult cnót rycerskich, poeta obojętniejszy był znacznie na kazuistykę cnót cywilnych. Wedle jego sugestyj, główna zbrodnia i grzech Jacka to zabójstwo; o przejętym majątku zabitego mówi się raczej drugoplanowo i dość pobłażliwie. Tymczasem ta druga sprawa wydaje się bodajże cięższa. Zabić w afekcie, z urażonej dumy i miłości, to zbrodnia, ale niekoniecznie hańba. Okoliczności, w jakich zaszło morderstwo, obciążają je znacznie, to pewna. Ale przyjąć z rąk moskiewskich łupy po zamordowanym to dopiero przygważdżałoby postępek Jacka. Tymczasem widzimy, że Soplicowo żyje i tyje z tego zysku, otoczone powszechnym szacunkiem. Restytucja to skrupuł Jacka narzucony mu przy spowiedzi, ale bynajmniej nie jakiś nakaz opinii. Nawet Gerwazy używa słów „okradł, zagrabił” raczej w celu agitacyjnym.

A czytelnik? Jak który i jak kiedy. Wszystko to jest tak cudownie zamydlone poezją!... Tak „zimmunizowane” od dziecka, tak rozbite w naszym odczuwaniu na szczegóły! Inna rzecz zbrodnia Jacka, a inna rzecz bigos albo zachód słońca. Skupia się nam to wszystko razem, skoro poemat zmieni się w powieść. Proza ma swoje prawa... I zaczyna nas niepokoić natrętna świadomość, że ostatecznie każdy tuczony kapłon i każda butelka węgrzyna w tym dostatnim i gościnnym domu, cała powaga, jakiej zażywa bogacz Sędzia, pochodzą z dubeltowo nieczystego źródła.

Nastręcza się pytanie, jak na to wszystko patrzył sam Mickiewicz? Sądzę, że w dobie pisania Pana Tadeusza zbyt miał oczy zamglone rzewnością i tęsknotą, aby cokolwiek i kogokolwiek sądzić zbyt surowo. Zanadto zresztą wzrósł w owym świecie (czytajmy, w świeżo ogłoszonych w „Ruchu Literackim” przez Marię Czapską Dokumentach i legendach, o sprawkach ojca poety), aby odczuwać zbytnio wszystkie te nasze nowoczesne drażliwości. W kulturze szlacheckiej pewne uczucia zawsze bywały dość niewyraźne: pisząc o Fredrze zwracałem uwagę (Major w Geldhabie, Zemsta) na te rysy. Pan Tadeusz był w rękopisie przedmiotem drobiazgowej cenzury przyjaciół poety, zacnych ludzi, którzy gospodarowali w jego dziele dość arbitralnie. Cenzurowali każdą płochość Telimeny, pilnując, aby nadto nie brykała; ale polityka majątkowa Sopliców wraz z „kapitałami” Jacka nie zwróciła widocznie ich uwagi. Myślę, że Sienkiewiczowski Latarnik też by się o nią nie troszczył...


O ile zresztą nie ulega wątpliwości, że poeta rozgrzeszył ze wszystkiego Robaka za jego ofiarę i śmierć, że w obliczu: wielkich spraw politycznych, którym służył Jacek, nie żądał odeń zbyt ścisłego rachunku ze spraw prywatnych, o tyle niezupełnie tak jest w stosunku do Sędziego. Prof. Pigoń wyraża zdanie, że ten „przykry defekt”, który czuje się w Sędzi, oraz pewne jego niedostatki moralne celowo są zamierzone przez poetę. Godzimy się na to chętnie, ale pytamy: w jakiej mierze i w którym momencie?


Przede wszystkim może by już, prowadząc ten rozbiór do końca, ustalić i realia gospodarki Sędziego. Również są dosyć mgliste. Jaka u tego bogacza, hojnego dla klasztoru (też forma „restytucji”), jest proporcja osobistego majątku do tego, co zawdzięcza mieniu Horeszków? Z rodu był, zdaje się, jak Jacek, chudopachołkiem. Wedle tekstu Księgi VI, Targowica dała mu część „gruntów od zamku”. Księga X określa ten wziątek jako „znaczną część dóbr nieboszczyka”. W Księdze XII Tadeusz mówi do Zosi, że „znaczna część wiosek, które mam posiadać, wedle prawa na ciebie powinna by spadać”. Wprawdzie, w przekreślonym dwuwierszu Księgi VI (o ile się możemy nim wspomagać), powiada Sędzia, że oprócz bratnich datków i dóbr horeszkowskich (co wychodzi mniej więcej na jedno) ma dość własnego, ale zrozumiałe jest, że gospodarując od lat na wielkich włościach horeszkowskich, rządny Sędzia mógł się dorobić na własny rachunek...


Dajmy już temu zresztą pokój. Bardziej chodzi tu o stosunek Mickiewicza do stworzonych przezeń postaci - rzecz, która bywała przedmiotem dość żywych kontrowersji. Otóż jak wspomniałem, nić rzewności i nić humoru plotą się w tym poemacie tak wzorzyście, że trudno bywa je rozdzielić. Pamiętają wszyscy ową moralizatorską rozprawę o grzeczności, jaką wygłasza Sędzia w Księdze I. Jakże krwawą ironią barwią się nam owe jego perory od odsłaniających się później faktów! „Jak ów Wespazyanus nie wąchał pieniędzy...” Jak ta maksyma brzmi w ustach człowieka, który w cztery oczy o swoim więcej niż niepachnącym majątku powiada: „dano mi dobra, wziąłem!” A cała ta rozprawa o odcieniach grzeczności, te morały, ten godny a surowy patriarchalizm, (a cenzura „dzisiejszej młodzieży”, jakże to nam paskudnie brzmi w ustach tego starego pupila Targowicy!


Znów można by tu powiedzieć, że kiedy w Księdze I wkładał w usta Sędziemu jego tyradę, poeta nie wiedział jeszcze, co mu w dalszym ciągu, akcji za brzemię przeznacza. Być może; ale w każdym razie zgrzyt ten nie uderzył chyba Mickiewicza, skoro go nie skłonił do wyraźniejszego rozmieszczenia akcentów.

Wówczas, w Księdze I, nie wiedział. Ale kiedy już wie? Jak rozumieć słowa Bartka, który - już w Księdze VII - określa Soplicowo jako „centrum polszczyzny, tam się człowiek napije, nadyszy ojczyzny" - słowa, które stały się przysłowiem, w których nawykliśmy słyszeć tak szczery ton wzruszenia samego poety. Czyżby to była ironia? Chyba nie. A przecież to Soplicowo i jego dostatek, i gościnność wyrosły - wiemy to z Księgi VI - z podwójnie judaszowych srebrników. I nie wiadomo, czemu się bardziej zdumiewać, czy kaprysowi natchnienia, który tak wątpliwe gniazdo obrał sobie za skupienie najdroższy Snów poety o ojczyźnie, czy potędze geniuszu poetyckie który potrafił wszystko przesłonić, wszystko opromienić i uszlachetnić. Nigdy nie było może takiej próby si między realnością a poezją i nigdy poezja nie wyszła z ni bardziej zwycięsko.


Oto jakie sekrety mogą nam nagle ujawnić owe księgi, które poecie zdały się tak proste jak piosenki wieśniaczek W rzeczywistości są one bardzo skomplikowane.


Mamy się dalej bawić tymi kontrastami? Oto jeszcze jeden rys świadczący, że ów swoisty honor epoki sięgał jedynie do finansów exclusive. W momencie wszechpojednania, w księdze ostatniej, Klucznik, oddając młodym państwu skarbczyk, „w ziemi skryty od grabieży”, traktuje — mówiąc do młodego oficera Tadeusza — Sopliców w żywe oczy jako skończonych rzezimieszków. Pilnował (powiada) tego skarbu „jako oka w głowie, od Moskalów i od was, Państwo Soplicowie”...

Od Moskalów i od was... Trudno o zniewagę bardziej dotkliwą i celną. Zwłaszcza że usprawiedliwioną. Co na nią Tadeusz, który, kiedy zawiedziona w swojej miłostce Telimena rzuciła mu owo: „jesteś kłamca, człowiek podły”, Tadeusz, na tę „obelgę śmiertelną dla uszu szlachcica i której żaden nigdy nie słyszał Soplica”, zadrżał, zbladł i niemal chciał się utopić. Tutaj zapewne roześmiał się wesoło i poklepał starego po ramieniu. Bo też Gerwazy, mówiąc to, zaprasza się równocześnie do Tadeusza na łaskawy chleb i obiecuje mu przyszłego syna uczyć fechtunku.

Wszystko to jest cudownie szlacheckie i ludzkie, wszystko to oddycha żywą prawdą; ale jeszcze raz dowodzi, że Pan Tadeusz przeniknięty jest ową swoistą obyczajowością od pierwszej do ostatniej księgi i że narastająca heroiczna orientacja poematu niewiele ma wpływu na jego atmosferę, aby tak rzec, „cywilną”. Chcieć ją uzbożniać i uświęcać jest tym samym, czym byłoby np. chcieć zgodzić Skalne Podhale Tetmajera z naszym kodeksem karnym. Nie da się i nie ma potrzeby. Tymczasem robi się to z Panem Tadeuszem ciągle, przez zastarzały w Polsce fałsz moralny czy moralizatorski, tak samo, jak wciąż się sławi uroczą Fredrowską Zemstę jako przykład „staropolskiej cnoty i czystej atmosfery” (patrz Obrachunki fredrowskie). Wszystkie te krzyczące z poematu Mickiewicza rozdźwięki albo się omija, albo się je zablagowuje. Zdaje mi się, że to jest droga mylna, zwłaszcza w stosunku do młodzieży. Zamiast rzecz potraktować, pod względem obyczajowym, szeroko i śmiało, stwarza się — niepotrzebnie — pozycję nie do obronienia, podkopując tym zaufanie młodych czytelników — zawsze, w ten czy inny sposób, skłonnych do radykalizmu. Pozostawia się samodzielniejszym chłopcom robienie odkryć na własną rękę, narażając tę „historię szlachecką” na to, że ją jakiś sztubak określi świętokradczo jako „historię złodziejską”. I nie pozostanie nic innego, jak tylko pochwalić jego wyczuloną wrażliwość etyczną i prawną.

brak komentarzy
dodaj komentarz »

najnowsze teksty

Obyczajowość i moda romantyczna
romantyzm
Obyczajowość i moda romantyczna
Młodzi romantycy pozowali więc na Byronów i Werterów, marzyli o niezwykłych czynach i przygodach, o złożeniu życia dla ojczyzny, o pośmiertnej sławie itd. Uczucia swoje stylizowali według nieszczęśliwej miłości romantycznych kochanków, gardzili prozą życia codziennego, ulegali wpływom mody również w zakresie stroju i uczesania.
 
Rozmowa Witolda z Benedyktem
Nad Niemnem
Rozmowa Witolda z Benedyktem
Obowiązkowy do matury fragment powieści Elizy Orzeszkowej ”Nad Niemnem” (pozytywizm), rozmowa Witolda z Benedyktem
 
Lalka - krótkie opracowanie
Lalka
Lalka - krótkie opracowanie
Autor na początku chciał powieść zatytułować „Trzy pokolenia”. Wybrał tytuł „Lalka” odnoszący się do procesu o lalkę (baronowa Krzeszowska oskarżyła o kradzież lalki panią Stawską)
 
Czesław Miłosz o “Panu Tadeuszu”
Pan Tadeusz
Czesław Miłosz o “Panu Tadeuszu”
Wbrew pozorom, a także wbrew świadomym zamiarom autora, “Pan Tadeusz” jest poematem na wskroś metafizycznym, to znaczy jego przedmiotem jest rzadko dostrzegany w codziennie nas otaczającej rzeczywistości ład istnienia jako obraz (czy odbicie w lustrze) czystego Bytu.
 
Dawność osądzona - o wadach szlachty
Pan Tadeusz
Dawność osądzona - o wadach szlachty
Z chorób, które trawiły dawną Rzeczpospolitą, dwie zwłaszcza, jednorodne zresztą, wskazał Mickiewicz wyraźnie w Panu Tadeuszu, jedną zaraz w tytule, drugą w samym rdzeniu akcji. Jedną z nich jest bezsilność prawa, drugą buta, rozpasanie indywidualizmu szlacheckiego. Jedno i drugie kulminuje w anarchizmie
 

zobacz też

Trans-Atlantyk Gombrowicza: Ojczyzna – Synczyzna

szukaj



epoki

lektury

wiersze

tematy wypracowań maturalnych

czytanie ze zrozumieniem

wskazówki

polski - Wrocław

cytat tygodnia

Hej, za rok matura!

dla Maturzysty w Selkar.pl


selkar.pl

"Już za rok matura
Czy uda się ją zdać?


selkar.pl
"Lalka" z opracowaniem


selkar.pl

Język polski materiały dla
maturzysty z płytą CD


selkar.pl

Pakiet maturalny


selkar.pl

M jak matura. Motywy literackie


selkar.pl

"Zbrodnia i kara" 
opracowanie+audiobook
korepetycje-ogloszenia.pl kontakt
korepetycje z polskiego