Maria (Marianna) - prostytutka z biedoty miejskiej

Dziewiętnastoletnia prostytutka, którą Wokulski widzi w kościele. Dziewczyna daje na ofiarę i rozdaje jałmużnę biedakom. (Do tacy podeszła młoda, uróżowana dziewczyna. Położyła srebrną czterdziestówkę, ale nie śmiała dotknąć krzyża. Klęczący obok z niechęcią patrzyli na jej aksamitny kaftanik i jaskrawy kapelusz.) Wokulski przyprowadza ją do domu i oferuje miejsce u sióstr magdalenek, gdzie mogłaby nauczyć się szyć, skończyć z prostytucją. Dziewczyna przyjmuje pomoc. Wokulski zaraz po tym w rozmowie z Rzeckim, nazywa ją bydlęciem. Po dwóch miesiącach, kiedy Maria umie już szyć, Wokulski znajduje jej pokój, oferuje maszynę i pożycza pieniądze na rozpoczęcie nowego życia. Gdy zechciał się z nią ożenić Węgiełek, Wokulski dał jej 500 rubli posagu.

Losy Marii to XIX-wieczna wersja "Pretty woman", z tym że pan nigdy nie zakocha się w prostytutce. Ba, mimo że jej pomaga - przez kaprys - to i tak się nią brzydzi. Nazywa ją przecież bydlęciem. Dlaczego "Pretty woman"? A kto w wiktoriańskim, zakłamanym XIX wieku pomagałby prostytutkom? Która dziewczyna z miejskiej biedoty mogła liczyć na to, że kiedyś się wybije? Bez względu na to, jaką miała pracę, zarobki starczały tylko na egzystencję. Maria też ma dług - 50 rubli - i dla niej to wiele. Jako szczawczka może zarobić około 8 rubli miesięcznie - jak zauważa - z takich pieniędzy nikt nie wyżyje. Klasa społeczna była zaklętym kręgiem. Dla kobiety zamkniętym jeszcze bardziej. Mężczyzna - choćby doktor Judym z "Ludzi bezdomnych" - kosztem pilnej nauki i wielkich wyrzeczeń mógł się wybić. Dla niego była szkoła, uniwersytety, praca, interesy. Dla kobiety - nie. Podobnie karierę "od pucybuta do milionera" zrobił Wokulski. Czy miałby takie same szanse, gdyby był kobietą?  



selkar.pl
"Lalka" z opracowaniem
Pierwsze spotkanie z Wokulskim
Fragment Lalki, rozdział Kładki, na których spotykają się ludzie różnych światów:

W kruchcie spostrzegł, że dziewczyna rozdaje jałmużnę dziadom. I opanowała go okrutna boleść na myśl, że z dwu kobiet, z których jedna chce się sprzedać za majątek, a druga już się sprzedaje z nędzy, ta druga, okryta hańbą, wobec jakiegoś wyższego trybunału może byłaby lepszą i czystszą.
Na ulicy zrównał się z nią i zapytał:
- Dokąd idziesz?
Na jej twarzy znać było ślady łez. Podniosła na Wokulskiego apatyczne wejrzenie i odparła:
- Mogę pójść z panem.
- Tak mówisz?... Więc chodź.

Nie było jeszcze piątej, dzień duży; kilku przechodniów obejrzało się za nimi.
"Trzeba być kompletnym błaznem, ażeby robić coś podobnego - pomyślał Wokulski idąc w stronę sklepu. - Mniejsza o skandal, ale co, u diabła, za projekta snują mi się po łbie? Apostolstwo?... Szczyt głupoty.
Wreszcie - wszystko mi jedno; jestem tylko wykonawcą cudzej woli."
Wszedł w bramę domu, w którym znajdował się sklep, i skręcił do pokoju Rzeckiego, a za nim dziewczyna. Pan Ignacy był u siebie i zobaczywszy szczególną parę, rozłożył ręce z podziwu.

- Czy możesz wyjść na kilka minut? - zapytał go Wokulski. Pan Ignacy nie odpowiedział nic. Wziął klucz od tylnych drzwi sklepu i opuścił pokój.
- Dwu? - szepnęła dziewczyna wyjmując szpilkę z kapelusza.
- Za pozwoleniem - przerwał jej Wokulski. - Dopiero co byłaś w kościeIe, wszak prawda, moja pani?
- Pan mnie widział?
- Modliłaś się i płakałaś. Czy mogę wiedzieć, z jakiego powodu?
Dziewczyna zdziwiła się i wzruszając ramionami odparła:
- Czy pan jest ksiądz, że się o to pyta?
A przypatrzywszy się uważniej Wokulskiemu dodała:
- Ech! także zawracanie głowy... Dowcipny!
Zabierała się do odejścia, ale zatrzymał ją Wokulski.
- Poczekaj. Jest ktoś, który chciałby ci dopomóc, więc nie spiesz się i odpowiadaj szczerze...
Znowu przypatrzyła mu się. Nagle oczy jej zaśmiały się, a na twarz wystąpił rumieniec.
- Wiem - zawołała - pan pewnie od tego starego pana!... On kilka razy obiecywał, że mnie weźmie... Czy on bardzo bogaty?... Pewnie, że bardzo... Jeździ powozem i siada w pierwszych rzędach w teatrze.
- Posłuchaj mnie - przerwał - i odpowiadaj: czegoś płakała w kościele?
- A bo, widzi pan... - zaczęła dziewczyna i opowiedziała tak cyniczną historię jakiegoś sporu z gospodynią, że słuchając jej Wokulski pobladł.
"Oto zwierzę!" - szepnął.

- Poszłam na groby - mówiła dalej dziewczyna - myślałam, że się trochę rozerwę. Gdzie tam, com wspomniała o starej, to aż mi łzy pociekły ze złości. Zaczęłam prosić Pana Boga, ażeby albo starą choroba zatłukła, albo żebym ja od niej wyszła. I widać Bóg wysłuchał, kiedy ten pan chce mnie zabrać.
Wokulski siedział bez ruchu. Wreszcie zapytał:
- Ile masz lat?
- Mówi się, że szesnaście, ale naprawdę mam dziewiętnaście.
- Chcesz stamtąd wyjść?
- A - choćby do piekła. Już mi tak dokuczyli... Ale...
- Cóż?
- Pewno nic z tego nie będzie... Wyjdę dziś, to po świętach sprowadzą mnie i zapłacą jak wtedy w karnawale, com później tydzień leżała.
- Nie sprowadzą.
- Akurat! Mam przecie dług...
- Duży?
-Oho!... z pięćdziesiąt rubli. Nie wiem nawet, skąd się wziął, bo za wszystko płacę podwójnie. Ale jest... U nas tak zawsze. A jeszcze jak usłyszą, że tamten pan ma pieniądze, to powiedzą, że ich okradłam, i narachują, ile im się podoba.

Wokulski czuł, że opuszcza go odwaga.
- Powiedz mi, czy ty zechcesz pracować?
- A co będę miała do roboty?
- Nauczysz się szyć.
- To na nic. Byłam przecie w szwalni. Ale z ośmiu rubli na miesiąc nikt nie wyżyje. Wreszcie - jestem tyle jeszcze warta, że mogę nikogo nie obszywać.
Wokulski podniósł głowę.
- Nie chcesz wyjść stamtąd!
- Ale chcę!
- Więc decyduj się natychmiast. Albo weźmiesz się do roboty, bo darmo nikt na świecie chleba nie jada...
- I to nieprawda - przerwała. - Ten stary pan nic przecie nie robi, a pieniądze ma. Nieraz też mówił, że mnie już o nic głowa nie zaboli...
- Nie pójdziesz do żadnego pana, tylko do magdalenek. Albo wracaj na miejsce.
- Magdalenki mnie nie wezmą. Trzeba zapłacić dług i mieć poręczenie...
- Wszystko będzie załatwione, jeżeli tam pójdziesz.
- Jakże ja do nich pójdę?
- Dam ci list, który zaraz odniesiesz, i tam zostaniesz. Chcesz czy nie chcesz?..
- Ha, niech pan da list. Zobaczę, jak mi tam będzie.
Usiadła i oglądała się po pokoju.
Wokulski napisał list, opowiedział, gdzie ma iść, i w końcu dodał:
- Masz wóz i przewóz. Będziesz dobra i pracowita, będzie ci dobrze; ale jeżeli nie skorzystasz z okazji, rób, co ci się podoba. Możesz iść.
Dziewczyna roześmiała się.
- To stara będzie się wściekać... To jej narobię... Cha... Cha!... Ale... może pan tylko naciąga? - Idź - odpowiedział Wokulski wskazując drzwi.
Jeszcze raz przypatrzyła mu się z uwagą i wyszła wzruszając ramionami.

W chwilę po jej odejściu ukazał się pan Ignacy.
- Cóż to za znajomość? - spytał kwaśno.
- Prawda!... - rzekł zamyślony Wokulski. - Nie widziałem jeszcze podobnego bydlęcia, chociaż znam dużo bydląt.
- W samej Warszawie jest ich tysiące - odparł Rzecki.


Drugie spotkanie z Wokulskim
Fragment Lalki, rozdział Kiełkowanie rozmaitych zasiewów i złudzeń:

Znalazł stronicę i z uwagą przeczytał dwa listy: jeden pisany elegancko, drugi - jakby go kreśliła dziecinna ręka. W pierwszym zawiadomiono go, że taka to a taka Maria, niegdyś dziewczyna złego prowadzenia, obecnie nauczyła się szyć bielizny, krawiectwa i odznacza się pobożnością, posłuszeństwem, łagodnością i dobrymi obyczajami. W drugim liście sama owa Maria... dziękowała mu za dotychczasową pomoc i prosiła tylko o wyszukanie jakiego zajęcia.

"Niech już wielmożny i dobrotliwy pan - pisała - kiedy z łaski Boga ma takie duże fundusze, na mnie grzeszną ich nie wydaje. Bo ja teraz sama sobie poradzę, bylem miała o co ręce zaczepić, a ludzi, co potrzebują gorzej niż ja, nieszczęśliwa, zhańbiona, w Warszawie nie brak..."
Wokulskiemu przykro się zrobiło, że podobna prośba kilka dni czekała na odpowiedź. Natychmiast odpisał i zawołał służącego.
- List ten - rzekł - odeślesz rano do magdalenek...
- Żrobi się - odparł służący usiłując zapanować nad ziewaniem.
- Sprowadzisz mi także furmana Wysockiego, tego z Tamki, wiesz?...
- O jeszcze nie miałbym wiedzieć. Ale pan słyszał...
- Tylko żeby mi tu przyszedł z rana...
- O!... czemu nie. Ale pan słyszał, że Oberman zgubił wielkie pieniądze? Był tu z wieczora i przysięgał, że zabiję się albo zrobi sobie co złego, jeżeli pan nie okaże nad nim litości. Ja mówię: "Nie bądźcie głupi, nie żabijajcie się, poczekajcie... Nasz stary ma miętkie szercze..."A on gada: "Ja se też tak kalkuluję, ale zawsze będzie heca, bo mi choć trochę strącą, a tu syn idzie na medyka, a tu starość chwyta człowieka za poły..."
- Proszę cię, idź spać - przerwał mu Wokulski.
- Pójść pójdę - odparł z gniewem służący - ale u pana to taka służba, że gorzej niż w kryminale: nawet szpać nie można iść, kiedy się chce...
Zabrał list i wyszedł.

Na drugi dzień około dziewiątej rano służący obudził Wokulskiego, donosząc mu, że czeka Wysocki.
- Niech no wejdzie. Po chwili wszedł furman. Był przyzwoicie ubrany, miał czerstwą cerę i wesołe spojrzenie. Zbliżył się do łóżka i ucałował Wokulskiemu ręce. - Mój Wysocki, podobno przy twoim mieszkaniu jest wolny pokój?
- A tak, wielmożny panie, bo mi stryjek umarł, a jego bestie lokatory nie chciały płacić, więcem wygnał. Na wódkę to łobuz ma, a na komorne go nie stać...
- Ja wynajmę od ciebie ten pokój - mówił Wokulski - tylko trzeba go odczyścić... Furman patrzył na Wokulskiego zdziwiony.
- Będzie tam mieszkać młoda szwaczka - mówił dalej Wokulski. - Niech stołuje się u was, niech jej twoja żona pierze bieliznę...Niech zobaczy czego jej brak? Na sprzęty i na bieliznę ja dam pieniędzy... Potem będziecie uważali, czy nie sprowadza kogo do domu...
- O ni! - zawołał z ożywieniem furman. - Ile razy będzie wielmożnemu panu potrzebna, ja ją sam zawiodę; ale żeby kto zaś z miasta - to ni!... Z takiego interesu wielmożny pan mógłby się tylko nabawić nieszczęścia...
- Głupiś, mój Wysocki. Ja jej widywać nie potrzebuję. Byle była porządna w domu, schludna, pracowita, to niech sobie chodzi, gdzie chce. Tylko niech do niej nie chodzą. Więc rozumiesz: trzeba w pokoju odświeżyć ściany, umyć podłogę, kupić sprzęty tanie, ale nowe i dobre, znasz się na tym?...
- I jak jeszcze. Ilem się w życiu mebli nawoził...
- Dobrze. A twoja żona niech zobaczy, co jej potrzeba z bielizny i odzienia, i da mi znać.
- Rozumiem wszystko, wielmożny panie - odparł Wysocki, znowu całując go w rękę.

[...]
O jedenastej w przedpokoju rozległ się dzwonek i trzask otwieranych drzwi. Wszedł służący.
- Jakaś panna czeka...
- Proś do sali - rzekł Wokulski.
W sali zaszeleściła kobieca suknia. Wokulski, stanąwszy na progu, zobaczył swoją magdalenkę. Zdumiały go nadzwyczajne zmiany w niej. Dziewczyna była czarno ubrana, miała bladawą, ale zdrową cerę i nieśmiałe spojrzenie. Spostrzegłszy Wokulskiego zarumieniła się i zaczęła drżeć. - Niech pani siądzie, panno Mario - odezwał się wskazując jej kr

Usiadła na brzegu aksamitnego sprzętu, jeszcze mocniej zawstydzona. Powieki szybko zamykały się jej i otwierały; patrzyła w ziemię, a na rzęsach jej błysnęły krople łez. Inaczej wyglądała przed dwoma miesiącami.

- Więc już pani umie krawieczyznę, panno Mario?
- Tak.
- I gdzież pani ma zamiar umieścić się?
- Może by do jakiego magazynu albo w służbę... do Rosji...
- Dlaczegóż tam?
- Tam podobno łatwiej dostać robotę, a tu... któż mnie przyjmie? - szepnęła.
- A gdyby tu jaki skład brał u pani bieliznę, czy nie opłaciłoby się zostać?
- O tak... Ale tu trzeba mieć własną maszynę i mieszkanie; i wszystko... Kto tego nie ma, musi iść w służbę.

Nawet głos jej się zmienił. Wokulski pilnie przypatrywał się jej, nareszcie rzekł:
- Zostanie pani tymczasem w Warszawie. Mieszkać będzie pani na Tamce, przy rodzinie furmana Wysockiego. To bardzo dobrzy ludzie. Pokój będzie pani miała osobny, stołować się będzie pani u nich, a maszyna i wszystko, co się okaże potrzebnym do szycia bielizny, znajdzie się także. Rekomendacje do składu bielizny dam pani, a po paru miesiącach zobaczymy, czy utrzyma się pani z tej roboty. - Oto adres Wysockich. Proszę tam zaraz pójść, kupić z Wysocką sprzęty, dopilnować, ażeby uporządkowali pokój. Maszynę przyślę pani jutro... A oto pieniądze na zagospodarowanie się. Pożyczam je; zwróci mi je pani ratami, jak już zacznie iść robota.

Podał jej kilkadziesiąt rubli zawiniętych w kartkę do Wysockiego. A kiedy ona wahała się, czy ma brać, wcisnął jej zwitek w rękę i rzekł:
- Proszę, bardzo proszę natychmiast iść do Wysockich. Za parę dni on przyniesie pani list do składu bielizny. W nagłym wypadku proszę odwołać się do mnie. Żegnam panią...
Ukłonił się i cofnął do swego gabinetu.
Dziewczyna chwilę jeszcze postała na środku sali; potem otarła łzy i wyszła pełna jakiegoś uroczystego zdziwienia.
"Zobaczymy, jak powiedzie się jej w nowych warunkach" - rzekł do siebie Wokulski i znowu zasiadł do czytania.


Węgiełek chce się żenić z panną Marianną
Fragment Lalki, rozdział W jaki sposób zaczynają otwierać się oczy:

- Bo ja jeszcze, z przeproszeniem łaski pańskiej, chciałbym się ożenić... Tylko nie wiem...
Poskrobał się w głowę.
- Z kimże to? - spytał Wokulski.
- Z tą panną Marianną, co mieszka u furmanów Wysockich. Ja też mieszkam w tym domu, tylko na górze.
"Chce się żenić z moją magdalenką?" - pomyślał Wokulski. Przeszedł się po pokoju i rzekł:
- A dobrze ty znasz pannę Mariannę?
- Co nie mam znać? Przecie widujemy się co dzień trzy razy, a czasami to i przez całą niedzielę albo ja siedzę u niej, albo oboje u Wysockich.
- No tak. Ale czy wiesz, czym ona była przed rokiem?,
- Wiem, panie. Ledwiem tu przyjechał z łaski pańskiej, zaraz Wysocka mówi do mnie: "Uważaj, młody, bo ona się puszczała..." Takim sposobem od pierwszego dnia wiedziałem, co ona za jedna; okpistwa ze mną nie robiła żadnego.
- I jakże się stało, że chcesz żenić się z nią?
- Bóg wie, panie, ani tak, ani owak. Nawet z początku to śmiałem się z niej i jak kto przechodził za oknem, mówiłem: "Pewno i ten znajomy panny Marianny, boś panna nie z jednego pieca chleb jadła." A ona nic, tylko spuści głowę, kręci maszyną, aż warczy, i ognie jej na twarz biją.

Później spostrzegłem się, że mi ktoś łata bieliznę; więc na Boże Narodzenie kupiłem jej za dziesięć złotych parasol, a ona sześć chustek perkalowych z moim nazwiskiem. A Wysocka mówi: "Nie daj się, młody, bo to probantka!..." Więcem se do głowy nie dopuszczał, choć gdyby nie była ladaco, już bym się w zapusty ożenił.
Akurat w Popielec Wysocki rozpowiedział mi, jak się z nią zrobił ten interes, niby z panną Marianną. Zgodziła ją jakaś pani w aksamitach do służby, no i miała służbę, niech ręka boska broni! Coraz chce uciekać, ale ją łapią i mówią: "Albo siedź tu, albo oddamy cię do kryminału za złodziejstwo." "Cóżem ja ukradła" - ona mówi. "Nasze dochody, psiawiaro!" - oni krzyczą. I tak by siedziała (rozpowiadał Wysocki) do sądnego dnia, gdyby jej pan Wokulski nie zobaczył w kościele. Wtedy ją wykupił i wyratował.

- Mów dalej, mów - odezwał się Wokulski spostrzegłszy, że Węgiełek waha się.
- Zaraz mnie tknęło - ciągnął Węgiełek - że to nie żadne łajdactwo, tylko nieszczęście. I pytam się Wysockiego: "Ożeniłby się pan z panną Marianną?" "I z jedną babą jest utrapienie" - on mówi. "Ale żeby pan Wysocki był w kawalerskiej kondycji, to co?" "Eh mówi - kiedy już nie mam ciekawości do kobiet." Widząc ja, że stary nie chce gadać, takem go zaklął, że mi w końcu powiedział: "Nie ożeniłbym się, bo nie miałbym przekonania, że się w niej stary obyczaj nie odezwie. Kobieta jak dobra, to dobra, ale jak się rozwydrzy, niczym diabeł." Tymczasem na początku świętego postu zesłał Pan Bóg miłosierny na mnie takiego bolaka, żem musiał leżeć w domu, i jeszcze doktór mnie pokrajał. Aż tu panna i Marianna jak nie zacznie do mnie chodzić, łóżko prześciełać, pokrajanie mi opatrywać... Mówił doktór, żeby nie jej opatrunki, tobym z tydzień dłużej leżał. Mnie nieraz złość brała, osobliwie, jak mnie trzęsło, więc jednego dnia mówię: "Co sobie panna Marianna robi subiekcję?... Panna myśli, że ja się z panną ożenię, a ja chybabym zgłupiał, żeby się z taką wiązać, co się dziesięciu wysługiwała."
A ona na to nic, tylko spuściła głowę i łzy jej kap... kap...
"Przecie ja rozumiem - mówi - żeby się pan Węgiełek ze mną nie ożenił...
Aż mnie, z przeproszeniem łaski pańskiej, zemdliło z wielkiej litości, kiedym to usłyszał. I zaraz powiedziałem Wysockiej: "Wie pani Wysocka co, może ja się z panną Marianną ożenię..."
A ona na to: "Nie bądź głupi, bo..."
Kiedy nie śmiem mówić - dodał nagle Węgiełek, znowu całując Wokulskiego w rękę.

- Mów śmiało.
- "Bo - rzekła mi pani Wysocka - jakbyś się ożenił z panną Marianną, to może byś obraził pana Wokulskiego za jego łaskę nad nami wszystkimi... Kto zaś wie, czy panna Marianna do niego nie chodzi..."
Wokulski zatrzymał się przed nim.
- Tego się lękasz? - spytał. - Daję ci słowo honoru, że nigdy nie widuję tej panny. Węgiełek odetchnął.
- To i chwała Bogu. Bo jedno, że nie śmiałbym przecie panu włazić w drogę za jego dobroć, a po drugie...
- Cóż po drugie?
- Po drugie, widzi pan, że ona się puszczała, to przez nieszczęście, źli ludzie ją skrzywdzili i temu ona nie winna. Ale żeby ona teraz nade mną chorym płakała, a do wielmożnego pana chodziła, to już byłaby taka szelma jak wściekły pies, co to tylko zabić, ażeby ludzi nie kąsał. - A zatem?... - spytał Wokulski.
- Ha, cóż? ożenię się po świętach - odparł Węgiełek. - Przecie ona za nie swoje grzechy cierpieć nie może. Nie jej to była wola.
- Masz jeszcze jaki interes?
- Już nic.
- Więc bywaj zdrów, a przed ślubem wstąp do mnie. Ona będzie miała pięćset rubli posagu, no i co potrzeba na bieliznę i gospodarstwo.
Węgiełek opuścił go bardzo wzruszony.

Węgiełek rozczarowany małżeństwem
Fragment Lalki, rozdział Dusza w letargu:

Wokulski słuchał go milcząc. Nagle zapytał:
- A z żoną jesteś szczęśliwy?
Cień przeleciał po twarzy Węgiełka.
- Dobra kobieta, wielmożny panie, ale... Wreszcie przed panem powiem jak przed Bogiem... Trochę nam już nie tak... Zawsze to prawda, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal; ale jak raz zobaczą...
Otarł łzy rękawem.
- Co to znaczy!... - zdziwił się Wokulski.
- Ot, nic. Wiem przecie, kogo wziąłem, alem był spokojny, bo kobieta dobra, cicha, pracowita i przywiązana do mnie jak ten pies. No, ale co z tego?.. Dopótym był spokojny, dopókim nie zobaczył jej dawnego gacha czy jak tam...
- Gdzie?...
- W Zasławiu, panie - ciągnął Węgiełek. - Jednej niedzieli poszliśmy z Marysią na zamek; chciałem jej pokazać ten potok, gdzie zginął kowal, i ten kamień, co na nim wielmożny pan kazał mi wyciąć napis. Wtem patrzę, jest powóz pana barona Dalskiego, co ożenił się z wnuczką nieboszczki pani Zasławskiej... Dobra to była pani, niech jej Bóg da wieczne odpocznienie!...
- Znasz barona? - spytał Wokulski.
- Ojej! - odparł Węgiełek - przecie pan baron gospodaruje teraz dobrami po nieboszczce, dopóki się tam coś nie zrobi. A ja już za jego rządów wyklejałem pokoje i poprawiałem okna. Znam go!... rzetelny pan i hojny...
- Cóż dalej?
- Więc mówię wielmożnemu panu, stoimy w zamku z Marysią i patrzymy na potok, aż ci na jeden raz włażą między gruzy: pani baronowa, niby wnuczka nieboszczki, i ten psubrat Starszczak...

Wokulski rzucił się na krześle.
- Kto?... - szepnął.
- Ten pan Starski, także wnuk po nieboszczce pani Zasławskiej, co się podlizywał jej za życia, a teraz chce zwalić testament, bo mówi, że babka przed śmiercią zwariowała... Taki to on! Odpoczął i ciągnął dalej:
- Wzięli się z panią baronową pod ręce, patrzyli na nasz kamień, ale więcej gadali ze sobą i chichotali. Wtem Starszczak ogląda się. Zobaczył moją żonę i roześmiał się do niej nieznacznie, a ona tak zbielała jak chusta...
"Co ci to, Maryś?... " - mówię. A ona: "Nic mi..." A tymczasem pani baronowa i ten bisurman zbiegli z górki zamkowej i poszli między leszczynę. "Co ci to? mówię jeszcze raz do Marysi. - Ino mi gadaj prawdę, bom zmiarkował, że się z tym cholerą znasz..." A ona siadła na ziemi i w płacz: "Żeby go Bóg skarał! - mówi - przecie on najpierwszy mnie zgubił...'

Wokulski przymknął oczy. Węgiełek zirytowanym głosem opowiadał :
- Jakem to usłyszał, wielmożny panie, myślałem, że polecę za nim i choć przy pani baronowej, nogami go zabiję na miejscu. Taki mnie żal zdjął. Ale wnet przyszło mi do głowy: "Po cóżeś się, durny, z nią ożenił? Wiedziałeś przecie, co za jedna..." I w tym momencie serce mi zemdlało, żem się nawet bał zejść z górki, a na żonę wcalem nie spojrzał. Ona mówi:
"Gniewasz się?..." A ja: "Pewnieście się tu spotykali?..." "Bogiem się świadczę - ona odpowiada - żem go tylko wtedy widziała..." "I dobrzeście się sobie przypatrzyli!... - ja mówię.- Bodajem był pierwej oślepł, nimem na cię spojrzał; bodajem zdechł, niżem się z tobą poznał..." A ona pyta się z płaczem: "Za co się gniewasz?..." Ja jej wtedy powiedziałem, pierwszy i ostatni raz: "Świnia jesteś, i tyle..." - bom już nie mógł wytrzymać. Wtem patrzę, leci sam pan baron, zakaszlany, aż posiniał, i pyta:
"Nie widziałeś, Węgiełek, mojej żony?..." Mnie coś wtedy do łba strzeliło, żem mu odpowiedział: "Widziałem, jaśnie panie, poszła w krzaki z panem Starskim. Już mu zabrakło pieniędzy na kupowanie dziewcząt, to teraz chwyta się mężatek..." No, jak on na mnie wtedy spojrzał, choć i pan baron!...

Węgiełek ukradkiem otarł oczy.
- Ot, takie jest moje życie, wielmożny panie. Byłem spokojny, dopókim nie zobaczył jednego gacha; ale teraz na kogo spojrzę, wydaje mi się, że i on mój szwagier... A od żony, choć jej o tym nie gadam, to tak mnie odpycha... tak mnie odpycha, jakby co między mną i nią stało... Nawet pocałować jej nie mogę po dawnemu i żeby nie święta przysięga, to mówię panu, już bym porzucił dom i leciał gdzie na cztery strony.., A wszystko tylko z tego idzie, żem do niej przywiązany. Bo żebym ja jej nie lubił, to co mi tam!... Gospodyni staranna, dobrze gotuje, pięknie szyje i w domu cichutka jak pajęczyna. Niechby tam miała gachów. Ale żem ją lubił, więc przez to taki mam żal i złość, że się we mnie wszystko pali na popiół... Węgiełek drżał z gniewu.
- Z początku, wielmożny panie, jakeśmy się pobrali, tom ino wyglądał dzieci. Ale dziś to mnie strach bierze, ażebym zamiast mojego dziecka nie zobaczył gachowego. Bo przecie wiadomo, że jak wyżlica ma raz szczenięta z kundlem, to później żebyś jej dawał wyżły najlepsze, zawsze się odezwie kundel w pomiocie, widać przez zapatrzenie...
- Muszę wyjść - rzekł nagle Wokulski - więc bądź zdrów...

brak komentarzy
dodaj komentarz »

podobne teksty

Rozmowa Witolda z Benedyktem
Obowiązkowy do matury fragment powieści Elizy Orzeszkowej ”Nad Niemnem” (pozytywizm), rozmowa Witolda z Benedyktem
czytaj »
 
Lalka - krótkie opracowanie
Autor na początku chciał powieść zatytułować „Trzy pokolenia”. Wybrał tytuł „Lalka” odnoszący się do procesu o lalkę (baronowa Krzeszowska oskarżyła o kradzież lalki panią Stawską)
czytaj »
 
Potop - krótkie opracowanie
”Potop” pisany ku pokrzepieniu serc, kiedy Polska była pod zaborami, prezentuje tezę ”każdy może się zmienić, z każdej opresji można wyjść”, dlatego jest: psychologicznie niewiarygodny, prezentuje uproszczoną wizję świata, a za głównego bohatera ma Kmicica, który ma tyle żyć, ile bohater gry komputerowej.
czytaj »
 
Lebieziatnikow
Lebieziatnikow – socjalista, opowiada o równouprawnieniu kobiet, pomaga Soni, kiedy ta zostaje oskarżona przez Łużyna o kradzież stu rubli.
czytaj »
 
Dunia Raskolnikówna
Dunia - anielska siostra Raskolnikowa, gotowa do wielkich poświęceń dla rodziny.
czytaj »
 

najnowsze teksty

Obyczajowość i moda romantyczna
romantyzm
Obyczajowość i moda romantyczna
Młodzi romantycy pozowali więc na Byronów i Werterów, marzyli o niezwykłych czynach i przygodach, o złożeniu życia dla ojczyzny, o pośmiertnej sławie itd. Uczucia swoje stylizowali według nieszczęśliwej miłości romantycznych kochanków, gardzili prozą życia codziennego, ulegali wpływom mody również w zakresie stroju i uczesania.
 
Rozmowa Witolda z Benedyktem
Nad Niemnem
Rozmowa Witolda z Benedyktem
Obowiązkowy do matury fragment powieści Elizy Orzeszkowej ”Nad Niemnem” (pozytywizm), rozmowa Witolda z Benedyktem
 
Lalka - krótkie opracowanie
Lalka
Lalka - krótkie opracowanie
Autor na początku chciał powieść zatytułować „Trzy pokolenia”. Wybrał tytuł „Lalka” odnoszący się do procesu o lalkę (baronowa Krzeszowska oskarżyła o kradzież lalki panią Stawską)
 
Czesław Miłosz o “Panu Tadeuszu”
Pan Tadeusz
Czesław Miłosz o “Panu Tadeuszu”
Wbrew pozorom, a także wbrew świadomym zamiarom autora, “Pan Tadeusz” jest poematem na wskroś metafizycznym, to znaczy jego przedmiotem jest rzadko dostrzegany w codziennie nas otaczającej rzeczywistości ład istnienia jako obraz (czy odbicie w lustrze) czystego Bytu.
 
Dawność osądzona - o wadach szlachty
Pan Tadeusz
Dawność osądzona - o wadach szlachty
Z chorób, które trawiły dawną Rzeczpospolitą, dwie zwłaszcza, jednorodne zresztą, wskazał Mickiewicz wyraźnie w Panu Tadeuszu, jedną zaraz w tytule, drugą w samym rdzeniu akcji. Jedną z nich jest bezsilność prawa, drugą buta, rozpasanie indywidualizmu szlacheckiego. Jedno i drugie kulminuje w anarchizmie
 

zobacz też

”Zbrodnia i kara” - określ motywy popełnienia zbrodni

szukaj



epoki

lektury

wiersze

tematy wypracowań maturalnych

czytanie ze zrozumieniem

wskazówki

polski - Wrocław

cytat tygodnia

Hej, za rok matura!

dla Maturzysty w Selkar.pl


selkar.pl

"Już za rok matura
Czy uda się ją zdać?


selkar.pl
"Lalka" z opracowaniem


selkar.pl

Język polski materiały dla
maturzysty z płytą CD


selkar.pl

Pakiet maturalny


selkar.pl

M jak matura. Motywy literackie


selkar.pl

"Zbrodnia i kara" 
opracowanie+audiobook
korepetycje-ogloszenia.pl kontakt
korepetycje z polskiego